Świdrujący, przeszywający dźwięk jakim zaczyna się „Nigdy cię tu nie było” jest obietnicą. Od samego początku reżyserka zapewnia widza: niepokój który teraz czujesz, będzie ci towarzyszył podczas trwania całego seansu. Wyniesiesz go poza salę kinową i będziesz miał go w sobie jeszcze długo. Uwielbiam takie kino!

Lynne Ramsey, reżyserka a zarazem autorka scenariusza dała się już poznać jako twórca filmowy który nie boi się skupiać uwagi na niewygodnych tematach. Tym razem na tapetę bierze byłego żołnierza, Joe. Człowiek rozszarpywany przez demony przeszłości, jest wręcz chodzącą symfonią cierpienia. Wspólnym mianownikiem ciągle atakujących Joego wspomnień jest brutalność, brud i poczucie winy. Jak wytłumaczyć sobie, że nie jest się winnym okrucieństw popełnianych podczas wojny przez innych? Jak znaleźć usprawiedliwienie, dlaczego nie pomogło się mamie podczas ataków gniewu ojca? Główny bohater wydaje się być na tym etapie wewnętrznej podrózy, w którym nie szuka już odpowiedzi na takie pytania.

Świetnym rozwiązaniem okazało się przedstawienie postaci Joego przez kontrasty. Z jednej strony Joe jest cynglem do wynajęcia. Brutalny świat szemranych interesów i porachunków zdaje się być dla niego naturalnym środowiskiem. Z drugiej strony zaś mamy sceny w których Joe opiekuje się mamą śpiewając z nią uroczą piosenkę o miłości. Mamy sceny w których Joe bez mrugnięcia okiem zabija, a potem leży na posadzce obok swojej ofiary i… śpiewa.

Całą opowieść podbijają fantastyczna, budująca jeszcze większy niepokój muzyka i kapitalna praca operatora. Twórcy skupiają kamerę na głównym bohaterze, jednocześnie karząc widzowi domyślać się co dzieje się wokół na podstawie dźwięków dobiegających zza kadru. Takie rozwiązanie umiejscawia Joego w samym centrum opowiadanej historii, jednocześnie nadając obrazom poetycki wydźwięk.

Po pojawieniu się napisów końcowych z widzem zostają pytania: co takiego sprawia, że ten człowiek wstaje rano z łóżka? I przede wszystkim: co się teraz z nim stanie? Co dalej? Uwielbiam gdy film rezonuje we mnie jeszcze długo po wyjściu z kina. W tym wypadku tak było. Jest to bardzo ciężka opowieść, ale zdecydowania warta poświęconego jej czasu.

Leave Comment

Back to top